Facebook

Wilanowska Wigilia – AD 1943

A Słowo Ciałem się stało i zamieszkało między nami

W polskiej tradycji, tak religijnej jak i świeckiej, to dzień wyjątkowy. Stanowi dużą część tego wszystkiego, co nazywamy polskością. Jest jej kwintesencją. I nie ważne, czy jest to czas pokoju, czy czas wojen, powstań, zaborów i okupacji. Polacy, gdziekolwiek się znajdują, chcą być razem, gromadzić się przy wigilijnym stole, łamiąc się opłatkiem, składać sobie życzenia i oczekiwać na przyjście Słowa Wcielonego – Syna Bożego.

Nie inaczej było w Wilanowie pod okupacją niemiecką, podczas II wojny światowej. Pałac wilanowski, dzięki przychylności, a właściwie dzięki uczestniczeniu jego właścicieli, ich rodziny, przyjaciół i pracowników w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego, był naturalną ostoją dla konspiratorów z Armii Krajowej, działających w miejscowościach położonych na południe od Warszawy. Tu swoją bazę, zbrojownię, przechowalnię mieli żołnierze plutonu 1707 AK, warszawskiego „Kedywu” i inni potrzebujący w danej chwili pomocy czy wsparcia konspiratorzy. Wilanów znajdował się w położonym wokół Warszawy Obwodzie „Obroża”, w rejonie V Piaseczno kryptonim „Gątyń”.

Równo 71 lat temu w pałacu wilanowskim odbyła się wigilia żołnierska, podczas której ostatni raz honory gospodarzy domu pełnili jego prawowici właściciele państwo Braniccy – Adam i jego małżonka Beata z Potockich.

W dużej przestronnej sali, na jej środku stał przygotowany, pokaźnych rozmiarów stół, przykryty śnieżnobiałym obrusem, haftowanym w herby rodowe Branickich (Korczak), pod którym, jak każe tradycja położone było siano, symbolizujące stajenkę betlejemską. Na stole stała zapalona świeca, obok której leży Pismo Święte, otwarte na Łukaszowej Ewangelii, a także nieodzowny wigilijny opłatek. Po kątach rozstawione snopy czterech podstawowych w Polsce zbóż – żyta, pszenicy, jęczmienia i owsa. Świąteczny, Bożonarodzeniowy wystrój podkreśla pachnąca żywicą choinka – świerk przywieziony z Lasów Chojnowskich, przyozdobiona, jak wspomina pani Anna Branicka – Wolska, głównie ozdobami wykonanymi własnoręcznie przez domowników. Pod nią skromne, ale dla wszystkich upominki.

Na stół podawane były potrawy. Wiadomo, czas wojny, o dwunastu potrawach nie było mowy, ale niczego nie brakowało. Podano barszcz z uszkami, rybę na zimno, karpia smażonego, wiadomo – jezioro wilanowskie pod bokiem, kapustę z grzybami, kulebiak. Na koniec wieczerzy przewidziano słodkości: mak tarty z miodem i „łamaniec”. Gdy zabłysła pierwsza gwiazda, rozpoczęto uroczystość. Kapucyn, ojciec Efrem (Stanisław Kanabus – po Powstaniu Warszawskim więzień niemieckiego obozu w Dachau), odmówił modlitwę. Następnie gospodarz domu, hrabia Branicki, złożył wszystkim, licznie zgromadzonym życzenia, łamiąc się z każdym opłatkiem.

Wśród uczestników tej uroczystej wieczerzy znaleźli się również rodziny Chłapowskich, Żółkiewskich, Czarneckich, wypędzone przez okupanta niemieckiego z ich rodzinnej Wielkopolski, a także Dowgiałłowie z Wileńszczyzny i Czaccy z Porycka. Najliczniejszą grupą tej wyjątkowej wigilii była młodzież, stanowiąca trzon wilanowskiej konspiracji. Na pierwszym miejscu należy wymienić trzy córki państwa Branickich: Marię „Ryś”, średnią Annę „Późna” (bo jak sama wspomina, była za dużym trzpiotem i późno ją do konspiracji przyjęto) i najmłodsza Beata „Beata” – wszystkie przeszkolone jako sanitariuszki, łączniczki i kolporterki. Oprócz nich przeważali żołnierze „Obroży”: Janusz Radomyski „Cichy”, podchorąży Stanisław Anuszkiewicz „Over”, Jerzy Przecławski „Jur”, Bogdan Łączyński „Radwan”. Byli również żołnierze „Kedywu” ze znanego dziś prawie wszystkim Warszawiakom batalionu „Zośka”.

Leszek Rybiński „Pat”, późniejszy mąż Beaty Branickiej, która także była żołnierzem batalionu „Zośka”. Był też Włodzimierz Cegłowski „ Sońka” i inni. Z „Baszty” zjawił się Lech Głuchowski „Jeżewski”, którego żona Wanda, uczestniczka Akcji Wilanów i syn Krzysztof (polecam jego książkę „Śladami Pradziadów”) mieszkali przy pałacu wilanowskim. Na wieczerzy wigilijnej przybyła także Marysia Dynowska, kuzynka gospodarzy, która poniosła śmierć w pierwszych dniach powstania, ratując, jako sanitariuszka, rannych kolegów. I wielu innych, niektórych bardzo tajemniczych konspiratorów. Najbardziej tajemniczą część towarzystwa stanowili żołnierze, o których nawet gospodarze za wiele nie wiedzieli. Byli wśród nich: oficer francuski Bernard de Roqeufeuil, czterokrotnie uciekający z niewoli niemieckiej (ostatni raz, dzięki nieocenionej pomocy gospodarzy pałacu, skutecznie), dwóch ukrywających się przed wszystkimi, młodych ludzi zwanych „lotnikami” oraz „ks. Józef” będący, jak chodziły słuchy, kapelanem bliżej nie znanego oddziału partyzanckiego. A tak naprawdę, gdy już ktoś dotarł do pałacu wilanowskiego kanałem konspiracyjnym, to nawet właściciele nie dochodzili, kim dana osoba tak naprawdę jest. Wyrabiano mu potrzebne dokumenty i zatrudniano w gospodarstwie. „Uczestnikami”, tego wyjątkowego wieczoru byli również żołnierze ochraniający pałac od zewnątrz, członkowie patroli i czujek ubezpieczający teren wokół parku.

W ten szczególny wieczór pałac miał odświętny i bardzo uroczysty charakter. Nie można jednak zapominać, że każdego dnia w mroczną noc niemieckiej okupacji pełnił również funkcje wojenne. Niby stał dumnie na szczycie starej wiślanej skarpy, a tak naprawdę tkwił głęboko, po same wieże, wraz ze swoimi lokatorami, w podziemiu niepodległościowym. W prawej wieży, patrząc od strony wejścia, mieścił się schowek dla kilkunastu ludzi, zaopatrzony we wszystko co ewentualnie byłoby potrzebne dla ukrywających się osób. Nad kaplicą pałacową ukrywano karabiny, mundury niemieckie nieodzowne w niektórych akcjach, czy działaniach dywersyjnych. A w specjalnie przygotowanych skrytkach, spoczywały pistolety i przygotowana do kolportażu prasa podziemna.

Podwójnym życiem żył nie tylko pałac, ale przede wszystkim jego mieszkańcy. Hrabia Adam Branicki działał w „Patronacie” dbającym z ramienia Państwa Podziemnego o przetrzymywanych na Pawiaku i w innych więzieniach niemieckich polskich patriotów. Jego żona Beata Branicka „Matka” mająca do pomocy zarządcę i przyjaciela domu Henryka Kanabus ( brat ojca Efrema – Stanisława Kanabus), miała na głowie wszystkich, którzy mieszkali w pałacu, bądź trafili tu tylko przejazdem. Wszystkich trzeba było nakarmić i dać im schronienie. Niejednokrotnie swoją karetą zaprzężoną w siwe konie, powożoną przez woźnicę, przewoziła z Wilanowa do Warszawy i z powrotem, ukrytą w schowkach broń lub prasę podziemną. I jak się okazało, tak było najbezpieczniej. Hrabiowskie herby umieszczone na karecie stanowiły najlepszą przepustkę dla żandarmów niemieckich, stojących na posterunkach, które mijała hrabina na swej drodze.

 

„Taka była nasza Wigilia – wspomina po latach ppor. „Over” w relacji spisanej przez T. Stępnia – żołnierska, polska i naprawdę wolna. Bo czuliśmy się tam (w Pałacu Wilanowskim u hr. Branickich) w gwiazdkowy wieczór, jak na skrawku niepodległej, już wyzwolonej od hitlerowskich najeźdźców Ojczyzny. I mimo zagrożenia – nagły najazd żandarmerii czy gestapo ( choć czuwały wystawione posterunki, a teren był zamknięty na głucho i niełatwo było go sforsować), mógł się skończyć w najlepszym wypadku zsyłką do Oświęcimia, a prawdopodobnie to przed plutonem egzekucyjnym na ulicach Warszawy – czuliśmy się bezpieczni. A w razie czego byliśmy zdecydowani na walkę do ostatka. Byliśmy pod opiekuńczym duchem wielkiego wojownika i triumfatora – króla Jana III, któremu na dobrą sprawę można by dziś przyznać tytuł, Honorowego Rotmistrza Armii Krajowej”.

Korzystałem z „Żołnierska Wigilia…” Tadeusza Stępnia

A i B Braniccy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twoje imię

Imię jest wymagane

Wpisz poprawny adres

Adres email jest wymagany

Wpisz treść komentarza

Gazeta Wilanowska © 2017 All Rights Reserved

Made by MEDIAPUNTO

Powered by WordPress